Magazyn o wnętrzach, które mają charakter

trendy

Japandi się nie skończyło. Właśnie nabiera głębi

Japandi nie zniknęło – dojrzało. Sprawdzamy, dokąd zmierza najspokojniejszy trend dekady i jak wprowadzić go do wnętrza bez popadania w banał.

· 22 lipca 2026 · 6 min czytania

Wyciszony salon w stylu japandi z niską sofą w kolorze owsianki, stolikiem z ciemnego drewna i ręcznie toczoną ceramiką na tle ściany pokrytej glinianym tynkiem
Wyciszony salon w stylu japandi z niską sofą w kolorze owsianki, stolikiem z ciemnego drewna i ręcznie toczoną ceramiką na tle ściany pokrytej glinianym tynkiem

Prognozy uśmiercają Japandi z regularnością godną lepszej sprawy. Co sezon, gdzieś między targami w Mediolanie a wrześniowymi premierami katalogów, wraca ta sama teza: dość beżu, dość jasnego drewna, dość ceramiki o nierównym szkliwie.

A potem przychodzi jesień, oglądamy najlepiej sfotografowane wnętrza roku i widzimy dokładnie to. Wyciszoną paletę. Niskie bryły mebli. Światło prowadzone jak w filmowym kadrze. Japandi nie umarło — przestało być trendem i stało się gramatyką, a gramatyki nie wychodzą z mody. Najwyżej zmieniają akcent.

Moda minęła, została składnia

Trzeba rozdzielić dwie rzeczy, które przez lata sklejały się w jedno.

Pierwsza to Japandi w wersji sklepowej: jasny dąb, len w odcieniu owsianki, papierowa lampa, samotna gałązka w wazonie. Ta wersja rzeczywiście się zużyła. Powielana bez zrozumienia, zaczęła przypominać poczekalnię gabinetu medycyny estetycznej — poprawną, chłodną i wymienną jak wygaszacz ekranu. Naszym zdaniem to nie styl umarł, tylko jego wersja demonstracyjna.

Druga rzecz to zasada, na której całość została zbudowana: skandynawska funkcjonalność spotyka japońską uważność, a wnętrze powstaje przez odejmowanie. Ta zasada ma się znakomicie, bo odpowiada na coś trwalszego niż moda — na zmęczenie nadmiarem, które w kulturze obrazków tylko się pogłębia.

Projektanci coraz częściej traktują dziś Japandi nie jak styl, lecz jak metodę redagowania wnętrza. Zostawić mniej, ale lepszego. Wybierać rzeczy, które starzeją się z godnością. Pozwolić pustce pracować. Takim słownikiem można opowiedzieć bardzo różne domy — mieszczańską kamienicę z pięciometrowym sufitem, sześćdziesiąt metrów w wielkiej płycie, dom pod lasem — i właśnie to dzieje się teraz.

Ciemniej, ciężej, bardziej dosłownie

Najwyraźniejsza zmiana zachodzi w materiałach. Jasny, niemal bielony dąb — przez lata podpis stylu — oddaje pole gatunkom o głębszym rysunku: orzechowi, dębowi wędzonemu, jesionowi barwionemu na kolor gorzkiej czekolady. Ciemne drewno inaczej pracuje ze światłem. Nie odbija go, tylko przyjmuje, dzięki czemu wnętrze traci sterylność, a zyskuje ciężar.

Obok drewna staje kamień, ale nie polerowany marmur rodem z wnętrz glamour, tylko trawertyn z widocznymi porami, piaskowiec, granit o fakturze surowej skały. Blat, który wygląda, jakby dopiero co opuścił kamieniołom, potrafi zrobić dla pokoju więcej niż kolekcjonerski mebel za trzydzieści tysięcy.

Zmienia się także tło. Gładka, malowana ściana ustępuje tynkom wapiennym i glinianym, które przez cały dzień inaczej trzymają światło: rano są chłodne i matowe, po południu nabierają miodowej głębi. Kosztuje to 120–250 zł za metr z robocizną, czyli trzy razy więcej niż porządna farba — i jest to jedyny wydatek w tym stylu, którego naprawdę nie da się podrobić niczym tańszym.

Trzeci filar zmiany to proporcje. Japandi od początku lubiło meble niższe niż przeciętne, ale dziś ta skłonność staje się programowa: sofa z siedziskiem na wysokości 38 cm zamiast standardowych 45, stolik kawowy na 35–42 cm zamiast 50, łóżko niemal przy podłodze. Kilkanaście centymetrów w dół zmienia geometrię całego pokoju — sufit optycznie ucieka w górę, ściany łapią oddech, okno pokazuje więcej nieba. W mieszkaniu o wysokości 250 cm to najtańszy sposób na przestronność, jaki wymyślono. Jest i zysk mniej oczywisty: na niskich meblach siada się wolniej i mniej służbowo. Wnętrze dosłownie spowalnia domowników — a przecież dokładnie po to sięgaliśmy po ten styl.

Jest konsekwencja, o której rzadko się mówi: przy sofie z siedziskiem na 38 cm oczy siedzącego sięgają mniej więcej 110–115 cm od podłogi. Standardowe zestawienia — obraz zawieszony na 160 cm, kinkiet na 170, półka na 180 — nagle przestają pracować. Wszystko wisi za wysoko i pokój zaczyna się rozjeżdżać. Przy niskich meblach cała kompozycja pionowa spada o kilkadziesiąt centymetrów. To nie szczegół: to nowy układ odniesienia dla całej ściany.

Detal narożnika stolika z wędzonego dębu stykającego się z surową płytą trawertynu, w tle faktura glinianego tynku w bocznym świetle
Trawertyn z porami, dąb wędzony, tynk gliniany. Materia zamiast scenografii.

Kolor wraca, ale szeptem

Paleta pierwszej fali była tak zdyscyplinowana, że niemal bezbarwna: biel, ecru, szarość, słomkowy beż. Teraz wchodzą kolory — podane jednak po japońsku, czyli przygaszone, jakby przefiltrowane przez papier ryżowy. Zieleń matchy i wysuszonych traw. Rdza i terakota. Indygo w wersji spranej, bliższej popiołowi niż atramentowi. Śliwka tak ciemna, że z drugiego końca pokoju uchodzi za brąz.

Zasada pozostaje ta sama: kolor ma być obecny, nie głośny. Pojawia się w tapicerce jednego fotela, w szkliwie czarki, w wełnianym pledzie. A jeśli już wchodzi na ścianę, to całościowo — od podłogi po sufit, razem ze stolarką — żeby przestać być efektem, a stać się powietrzem pokoju. To właśnie odróżnia dojrzałe Japandi od wnętrz, które kolorem krzyczą: tutaj barwa działa jak umami. Wyczuwalna dopiero po chwili, za to długo.

Rzemiosło zamiast rekwizytów

Największa pułapka tego stylu zawsze polegała na tym, że łatwo go podrobić. Fabrycznie postarzana ceramika, „ręcznie robiony" wazon schodzący z taśmy w tysiącach sztuk, lniana narzuta z poliestrową duszą — i scenografia gotowa. Tyle że wabi-sabi z sieciówki to oksymoron. Filozofia, która celebruje ślady czasu i rękę twórcy, nie przetrwa spotkania z przedmiotem udającym jedno i drugie.

Nowa fala stawia sprawę ostrzej: liczy się pochodzenie rzeczy. Czarka od garncarza z niedzielnego targu ceramiki. Stołek wypatrzony na aukcji. Deska, która przez pół wieku była blatem stołu warsztatowego. Jeden przedmiot z prawdziwą historią znaczy więcej niż pięć rekwizytów — i zwykle kosztuje mniej.

Jak odróżnić jedno od drugiego na targu: naczynia toczone ręcznie mają niejednolitą grubość ścianki. Przytrzymaj czarkę pod światło i obróć ją powoli — grubość będzie inna od dołu i od góry krawędzi. Odlew z formy jest identyczny na całym obwodzie. To najprostszy test bez żadnych narzędzi — i działa.

To dobra wiadomość dla polskich wnętrz. Rodzime pracownie ceramiczne i stolarskie przeżywają jeden z lepszych okresów od dekad; ręcznie toczona czarka schodzi na targu za 60–150 zł, a coraz częściej to u nich, nie w katalogach zagranicznych marek, zaczyna się poszukiwanie charakteru.

Sypialnia w stylu japandi: niskie łóżko na podeście, pognieciona lniana pościel, papierowa lampa i stołek z drewna zamiast szafki nocnej
Łóżko obniżone o kilkanaście centymetrów. Sufit ucieka w górę bez jednego uderzenia młotkiem.

Jak nie spłycić najspokojniejszego trendu dekady

Zacząć nie od zakupów, lecz od odejmowania. Japandi w praktyce to przede wszystkim decyzja o tym, czego w pokoju ma nie być: nadmiaru drobiazgów, przypadkowych mebli „na razie", dekoracji kupionych z nudów. Dopiero w opróżnionym wnętrzu widać, co zasługuje na swoje miejsce. Ta kolejność chroni przed najczęstszym błędem, czyli dokupowaniem „japońskich" akcesoriów do pokoju, który wciąż jest przeładowany.

Osobne zdanie należy się światłu, bo ono robi tu połowę roboty. Zamiast jednego górnego punktu — kilka źródeł zawieszonych nisko: lampa przy fotelu, świeca na stole, kinkiet omiatający fakturę tynku. Japandi fotografuje się o zmierzchu nie bez powodu; miękkie, boczne światło to jego język ojczysty. Kinkiet działa przy niskich meblach wtedy, kiedy ląduje nisko — na 80–100 cm od podłogi, nie na standardowych 150–170. Lampa stołowa powinna mieć klosz na wysokości oczu siedzącego, czyli około 100–115 cm od podłogi. Wyżej i oboje oświetlają sufit zamiast przestrzeni.

Pułapka drugiej fali: chciałeś głębi materiałowej, a wnętrze zrobiło się jaskiniowe. Dąb wędzony, ciemna ceramika, głęboka barwa ściany i tkanina w kolorze ziemi na sofie — każdy element osobno niesie spokój, razem pochłaniają. Zasada, która chroni: jedna dominanta ciemna, reszta jasna lub neutralna. Ciemne drewno blatu pracuje przy jasnym lnie. Głęboka barwa ściany działa wyłącznie przy jasnym suficie i nieciężkich meblach. Ciemność zakotwicza wnętrze — nie powinna go wypełniać.

Potem inwestować w pierwszy plan. Sofa, stół, łóżko — rzeczy, których dotykamy codziennie — udźwigną wyższy budżet, bo pracują na siebie latami. Dodatki mogą poczekać; te najlepsze i tak przyjdą z czasem, z podróży, z targów staroci, po dziadkach.

I pozwolić wnętrzu na niedoskonałość prawdziwą, nie inscenizowaną. Rysa na blacie, przetarty kant stopnia, len, który się gniecie i nigdy nie przestanie — to nie usterki, to dowody życia.

Japandi zmierza dokładnie w tę stronę: od estetyki, którą się kupuje, do postawy, którą się praktykuje. Od koloru wystawy sklepowej do koloru ziemi po deszczu. Dlatego przetrwa kolejne nekrologi — spokój nigdy nie wychodzi z mody, co najwyżej drożeje.